rzut oka na zegarek

To była sobota, koło jedenastej. Wstała, żeby się przedstawić.  Dżinsy przycisnęła do siebie paskiem. Brązowe, nie pomalowane oczy bardzo różniły się od smoky eyes koleżanki po prawej ubranej w stylu gotyckim. Ma na imię Natalia i zajmuje się fotografią.  Mieszka na squacie. Lubi wyprawy do Mongolii. Niebieskie trampki uśmiechają się do mnie z naprzeciwka i ściska mnie w żołądku. Jest wspaniale. Mąż wyjechał z dziećmi na wakacje. Mam dwa pokoje z kuchnią kompletnie puste. I w dodatku mnie tam nie ma.

Drugiego dnia szkolenia Natalia jest ubrana w płócienne spodnie i zieloną bluzkę. Pije czarną kawę. Ze stosu pocztówek wybiera kartkę ze stworkiem: trzy nogi, jedno oko, krzywy uśmiech. Mówi, że się identyfikuje. Ukradnę tę kartkę i powieszę na lodówce, obok planów lekcji. Czy mówiłam już, że zastanawiamy się z mężem o tym, czy nie wziąć psa?

Wieczorem jest spotkanie z imigrantami w domu kultury. Ona tam się wybiera. Myję głowę, używam odżywki według opisu na opakowaniu. Szoruję paznokcie. Ubieram się starannie, w dżinsy i koszulkę bez napisów. I trampki. Znajduję miejsce do zaparkowania daleko od budynku, w którym będzie spotkanie. Pijany człowiek udaje, że nie jest pijany i że zawiaduje miejscem parkingowym. Wsuwam monetę w brudną dłoń. Biegnę, zwalniam,  nie chcę się spocić.

W tej kamienicy po lewej mieszkał mój kolega ze studiów. Lubił sport, nie lubił  statystyki. Kiedyś był luty i wracał z nart. Na zakopiance wjechał w tir z naczepą. Rzadko tędy chodzę, ale dziś bardzo muszę. Na zakręcie, tuż przed miejscem, w którym imigranci mają opowiadać o swoim życiu, widzę, że nie wzięłam telefonu. Wracam. Spory  kawałek,  ale nie biegnę, nie mogę się spocić. Mistrz od parkowania wita mnie dziurawym uśmiechem. Telefon leży na siedzeniu, bezpieczny, warto było dać monetę.

Kiedy wchodzę do domu kultury jest tak późno, że imigranci są dawno po przyjeździe do Polski, niektórzy zdążyli się nauczyć polskiego. Idę po omacku, szukając miejsca na widowni. I nic nie ma znaczenia większego niż to, że jedyne wolne miejsce jest tuż obok niej. Łagodny uśmiech i skinienie głowy wynagradzają mi dwa porody. Całe życie imigrantów przesuwa się przed naszymi oczami, szczupła dłoń głaszcze futrzastego kundla, który śpi pod naszymi, moimi i jej, nogami. Wychodzimy, jest lato, rozmawiam z nią krótko, tłum znajomych zgarnia ją jak fala ślady na piasku. Podnosi rękę na pożegnanie, pies szczeka. Jutro moi wracają z wakacji.

Reklamy
rzut oka na zegarek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s