Ludzie dobrze ubrani, którzy umieją odważnie zderzyć kratkę z kropkami, spodnie za osiemset z koszulką za dwa nie muszą przeglądać się w szybach metra, kiedy pociąg wjeżdża do tunelu. Już się naprzyglądali przed wyjściem i wiedzą, jak wyglądają i z przodu i z tyłu.  Tacy ludzie z sekcji street fashion magazynu, który możesz czytać za darmo do drogiego posiłku wegańskiego.
Ludzie ubrani mniej świadomie, czyli większość, występują w komunikacji publicznej, ale nie występują w sekcji street fashion. Pani w czarnej koszuli i czarnych spodniach ma wszystko trochę za duże. Wygląda jak wielka pulchna plama. Nikt na nią nie patrzy, oprócz mnie. Ma krótkie włosy ścięte w sposób zagadkowy, jakby fryzjer się śpieszył do domu. Ta pani (Basia albo po prostu Baśka), nie ma kolczyków i nie ma pierścionków na pulchnych palcach, gdyby mogła wtopiłaby się w fotel (fotele w metrze są w kolumny Zygmunta i zamki królewskie).
Ale ma sandały. Złote.
Jest to złoto z bajki. Takie, o jakim mogli śnić ci biedacy budujący piramidy albo poszukiwacze skarbów. Kruszec tak szlachetny, że musi świecić w ciemnościach. Złote paski Basi odbijają światło w metrze, opowiadają coś, a najbardziej, że każdy chce się podobać. I Baśka też.
Zostaję na wysokości butów – w tym wagonie dominują buty sportowe oraz buty z tworzyw sztucznych, ale trzecie od lewej są buty skórzane. Męskie, za kostkę, sznurowane.  Przy kostce są czyste, fajnie się marszczą, ale na szerokim parapecie podeszwy zalega kurz. Buciory porządnie schodzone, ale wciąż są to najlepsze buty w tym wagonie. Wyrasta z nich chudy człowiek – spodnie w kant, inżynier, profesor, koszula, zegarek ze wskazówkami. Żadnej torby ani plecaka. Gdzie ma telefon i portfel? Może go okradli? Chociaż nie, ma gazetę. Trzyma się tej gazety i cały czas patrzy w rozkład jazdy nad drzwiami, nie chce przegapić stacji.
Większość ludzi w tym wagonie jest normalna, więc ma nieco przejebane w temacie oczekiwań od życia versus feedback od życia. Trzy nastolatki przeglądają się i w szybach i w telefonach. Najładniejsza, z pięknymi włosami do pasa i najgłośniejszym śmiechem wyciąga wodę toaletową, psika na koleżanki i na siebie, piszczy, a pisk wpada w huk metra jak w studnię. Potem wszystkie dotykają się głowami, ładna namierza je telefonem. Dzióbek. Sprawdzają, jak wyszły. Cała energia idzie na spełnianie snów z teledysków Eda Sheeran’a.
Paski Basi świecą. Inżynier wpatruje się w napięciu w rozkład jazdy.  Przebrałabym się za starte kolano, polane wodą toaletową. Wracam z kina z filmu o Aleppo. Na stacji jakaś para się całuje. W wagonie pachnie kwiatami i płynem do mycia naczyń.

 

 

Reklamy

Radio w samochodzie mam takie mniej nowoczesne, z gałką, nic na dotyk, na podczerwień ani na ultrafiolet. Nie łączy się przez bluetooth ani przez chmurę. Uważam, że do mnie pasuje.  Identyfikuję się również z moim samochodem, który, mimo wieku, jeszcze jeździ, jakby mu w ogóle nie zależało na przyśpieszeniu (prawda jest taka, że niczym już nie zaszpanujemy przy nowszych modelach.) No więc samochód jest z radiem, a radio ma gałkę. Którą się, kręci żeby się zamknęło!

Od tygodnia słyszę tylko o tym, że jest piękna pogoda! Wszystkich nurtuje lęk, czy się aby nie ochłodzi.  Ludzkość półkuli północnej zawładnięta przez wiosenną kreatywność. Niektórzy są in love bądź in pain, bądź czekają in vein, a słońce wspina się wysoko, a cienie się kładą, a ciepło głaszcze i rozpieszcza. Artyści tworzą spektakle, kuratorzy wystawy, pisarze piszą, muzycy grają, a w firmach toczą się nieustające smalltalk’i o pogodzie. A dajcie mi wszyscy święty spokój.

Kulturalnie jestem niedrożna, jedyne na co mam ochotę, to naprawdę poczuć to wiosenne coś, nawet jeśli troszkę śmierdzi smogiem i nieoczyszczona klimatyzacją (no okej, to w zasadzie tylko nawiew). Zakręcam radio, odkręcam okno. Chcę, żeby mi buchnęło zakurzoną wiosenną ulicą w nos i żeby nie chcieć od razu tego opisać. Nie szukać metafory na to, jak deszcz spadł na zaskoczony, ciepły chodnik i co się stało z powietrzem, gęstym od zapachu jak perfumy…. Aaaa, nie dam rady!

Uwierzcie – mimo, że siedzę tu i piszę, najbardziej cenię ludzi, którzy posiadają praktyczną, warsztatową umiejętność przeżywanie wiosny. Z profesjonalistami. Z fryzjerką, z panem sprzątającym ulice i dziewczyną z Nepalu, która lepi pierogi osiem godzin dziennie. Podchodzą do sprawy odpowiedzialnie, wiosna co roku przychodzi i odchodzi, ładne takie niebo, buty trzeba kupić dziecku, bo stopa mu urosła, schudnąć ze dwa kilo, działkę odgruzować, okulary słoneczne porysowały się w torebce od kluczy.

A jak się za dużo kombinuje, czyta i ogląda, to się mniej gapi i widzi.  I myśli ma się już takie przemielone, wtórne, ubrane w określenia krytycznoliterackie. A żeby jakieś porządny golas językowy, błąd, słowotwór albo chociaż onomatopeja jakaś.

Na szczęście pogoda się wypięła i zrobiło się telepiąco pod cienką kurtką, szruśtająco pod kołami, ćtaptająco pod nogami i zimnorąco na sercu. Zabutować, odtłuszczowić, podziałkować, nie zabujać. Przychodzi i odchodzi. W koło.

Mindfulness

Słońce ma duże oczy, szeroki nos i pełne usta. Leży na narzucie, wyprodukowanej w Tajlandii, którą przywiozłam jako pamiątkę z Hiszpanii. Gwiazdy, księżyc, dwie takie wijaste meduzy i już, proszę, od razu robi się wschodnio. Jezu Chryste, jak mi nie pomoże mindfulness, to już nie wiem, co mi pomoże.

Liczę oddechy, trzymam rękę na brzuchu i pamiętam, że częściowo jestem tylko powietrzem. Bardzo mnie zdziwiło, że przepona działa pod prąd, rozluźnia się przy wdechu, a napina przy wydechu. To mnie bardzo zbliża do mojej przepony, jesteśmy teraz koleżankami. Ja też się spinam i rozluźniam zupełnie nie w tych momentach, co trzeba.

Nie myśleć. Podobno każdy oddech mnie zasila, co jakoś nie do końca wydaje mi się prawdą, ze względu na smog i inne rzeczy, ale nie idę za tą myślą, nie idę. Oddycham, próbuję oczyścić umysł. To jest mniej więcej tak, jakby robić porządek na wysypisku, na które przyjeżdżają coraz to nowe śmieciarki. Nie powinnam sobie teraz tego wyobrażać, tylko skupić się na oddechu. Zostawiam wysypisko, wdech, wydech, dalej nadjeżdżają, różańce dyndają na lusterkach, ignoruję je.

Ale towaru wiozą! Niektóre są pełne dużych, ciężkich i zużytych sprzętów agd, w innych szajs jest drobny i kolorowy, niektóre produkty są troszkę podgniłe, bo nie włożyłam ich do lodówki, tylko tak leżały w cieple bez sensu. Niektóre wyschły na wiór, nie wiem, po co je jeszcze trzymam, przecież to z zeszłego tygodnia jest.

Om, kurwa, om. Odkładam telefon, nie za głęboko, do kieszonki bocznej z suwakiem i zadaję sobie patrzenie przez okno. W autobusie. Będę patrzeć w oczy temu Tu&Teraz, o, proszę: pod wielką reklamą z piętnastolatką pomykającą w bikini po sztucznej plaży, klęczy babcia w trzech płaszczach, coś grzebie w kieszeniach, przerywa żebranie, wyciąga telefon i szuka ucha gdzieś pod chustę. Może dzwoni pani z prowidenta albo pan z banku millenium, chciałem uprzedzić, że ze względu na pani DOBRO nasza rozmowa będzie nagrywana. Jeśli pani nie wyraża zgody, proszę przerwać połączenie.

Może to nie żebraczka, tylko sama Beata Szydło ćwiczy się w wychodzeniu do człowieka prostego, zarobiła już trzy pięćdziesiąt i dzwoni do niej ochrona, że starczy.

Nadjeżdża śmieciarka za śmieciarką, teraz jedzie jakaś z mnóstwem papieru, Many words lead to exhaustion. Za dużo słów nie za dobrze. A wiesz, że jeśli nie dotykasz językiem podniebienia, to będzie mniej myśli? Ale nie będzie orgazmu.

Mindfulness