Woda w zatoce była niebieska aż zielona. Wszystko było ładne, ale nic nie było ładniejsze od tej wody. Na piasku nieliczne obozy rozkładali turyści. Hiszpanie sączyli małe piwa w barach. Małe piwa, ale za to trzy. Na plażę patrzyli wesoło i  z daleka.   Wiedzieli, że woda jest jeszcze za zimna.  Też bym walnęła trzy piwa na słońcu. Ciekawe, co by się ze mną stało. Dlaczego? To skomplikowane.

W nienajładniejszym barze przy plaży, drzwi od toalety zamykały się na haczyk. Trochę taki standard kolidował z ceną kawy. Ale kto chce pić kawę przy plaży, ten płaci. Wcisnęłam się w kostium z zeszłorocznych wyprzedaży (a może to już było dwa lata temu?) i wyszłam na plażę.  Popatrzyłam w dół, na swoje ciało, poczułam masę różnych rzeczy naraz. To skomplikowane.

Woda była cały czas piękna, nie pływał nikt. Ktoś brodził gdzieś na podejrzanej niskogłębokości.   Była zimniejsza niż mogłam przewiedzieć. Stopy jeszcze jakoś weszły, ale to by było na tyle. Mamo, obiecałaś. Shit, fuck, obiecałam, no.  I po co było obiecywać? Weszłam do kolan. Spytałam, czy wystarczy. Okazało się, że nie.  Jeszcze kawałeczek dalej. Zimno jest wtedy kiedy mój mózg mi mówi, że jest zimno, a więc: nie jest zimno, nie jest zimno, nie jest zimno, nie jest, ja pierdolę jak jest zimno, nie dam rady się w tym zanurzyć.

Po dwudziestu minutach przeszłam przez terytorium intymne i miałam dosyć. Najzimniej było tam, gdzie tafla wody jak szkło cięła skórę. Ała. Cholerna, niebiesko – zielona zdradliwa zdzira, nie woda.

Raz, dwa, trzy i dawaj! Hop!

Żartowałam, jeszcze nie.

Jeszcze delikatnie poleję na plecy. Auć. Na ramiona. Cała moja rodzina siedzi sobie w cieple, za drogą kawę zamawiają, patrzą na siebie, nie patrzą, patrzą. Mogłabym patrzeć nie patrzeć na mamę, bać się o jej kruche zdrowie, mogłabym patrzeć nie patrzeć na ojca i czuć jego lęk przed starzeniem się. Wszyscy umrzemy, w różnej kolejności, a ci, co zostaną nie będą mieli najfajniej. Mogłabym próbować podchwycić wiecznie wędrujący gdzieś wzrok mężczyzny, z którym… To skomplikowane. Lepiej już położyć się na wodzie i jak zawsze dziwić się, że nie opadam na dno. Słona, lodowata, kłująca. Płynę,  piszczę jak jakaś głupia koza. Mięśnie mam spięte, zmrożone, ciepłe. Jest mi gorąco, tak strasznie gorąco.

Jest, co jest, nic więcej. Moja pusta głowa unosi się w słonej wodzi jak boja. Wychodzę i siadam na krawężniku, który jest chropowaty i gorący, woda zamienia się w parę, pusta głowa schnie na słońcu. Jest co jest.  Dwoje dzieci skubie korę palmy,  niebieski ręcznik zsunął się z plecaka, leży na piasku. Milion małych kamyczków. Kamyczki są między palcami stóp. Kobieta o jasnej skórze przestawia wózek w cień, coś mówi do dzieci, one najwyraźniej rozumieją, idą za nią. Woda jest nieruchoma jak wielkie jezioro, które przyjmie każdego, kto się odważy i przetrze mu wnętrze zimną, czystą szmatką, żeby zobaczył, że jest, co jest, a reszty nie ma. Proste.

Reklamy